Zanim przeczytasz...

Potrzebowałam, aż dwóch miesięcy, aby zebrać własne, rozbiegane myśli i stworzyć jedenasty rozdział "Labiryntu myśli". Z góry przepraszam za tak długą przerwę. Mam nadzieję, że nowy rozdział nie będzie dla was rozczarowaniem i wciągnie was w dalsze przygody Serafiny.

Miłego czytania, Lena S.
07.07.2017r.

7 lipca 2017

Labirynt myśli #11



            Stałam, sparaliżowana przez paniczny lęk, że nawet najlżejszy mój ruch odpali lont, a ten zdetonuje bombę, przed którą nie będę w stanie się obronić. Anaya wpatrywała się we mnie z oczekiwaniem i nienawiścią, która wydostawała się przez każdą nawet najmniejszą szczelinę jej organizmu. Bałam się odezwać i próbować wytłumaczyć w miarę sensownie, dlaczego przyłapała mnie i jej ukochanego brata samych w tym zapuszczonym i zapomnianym przez innych pomieszczeniu. Czułam, że każde moje słowo pogorszy tylko naszą sytuację i pozwoli dziewczynie wyciągnąć błędne wnioski. Do tego on wciąż trzymał mnie za rękę. 

            Właśnie – jego dłoń. Pewnie oplatała moją, zupełnie jak gdyby nic się nie zmieniło. Jak gdyby jego maniakalnie zazdrosna i nadopiekuńcza siostra w ogóle nie pojawiła się w tym samym miejscu co my. Sytuacja stała się niezręczna. Już nie chciałam czuć ciepła, bijącego z ciała Simona. Jedyne czego pragnęłam to zerwać tą niezrozumiałą dla mnie, wręcz chorą nić porozumienia, która jeszcze kilka sekund wcześniej połączyła nasze dusze. 

            Zebrałam całą drzemiącą wewnątrz mnie odwagę i wyplątałam swoją dłoń z żelaznego, męskiego uścisku. Iskra żalu zapaliła się we mnie i zgasła równie szybko jak się pojawiła. Poczułam chłód – nie tylko na dłoni, ale także i w sercu. Cokolwiek przyciągało mnie do tego mężczyzny, był niebezpieczne. Zniewalało mnie i tłumiło wszystkie instynkty. To było przerażające. Musiałam uważać, aby nie dopuścić więcej do tego, aby nasze ciała w jakikolwiek sposób się dotknęły. Simon był moją słabością. Wiedziałam to, lecz nie rozumiałam czemu tak się stało. Nawet nie znaliśmy się zbyt dobrze. 

            Chłopak nie zareagował na mój ruch. Twardo patrzył na swoją siostrę, a ich spojrzenia były intensywne, niemal hipnotyzujące. Pojedynek dwóch silnych osobowości. Zniewalająca dzika zieleń walczyła w ciszy z lodowatym i zimnym błękitem. Nie wiem, o co dokładnie toczyła się ta niema walka, lecz czułam się jakbym była jej częścią. Zupełnie niczym nagroda dla zwycięzcy. Zamknięta w klatce spojrzeń, czekałam na wynik tej rozgrywki. Czułam się jak bezwolna zabawka w rękach dwóch rozkapryszonych dzieciaków. W tej chwili zabrakło mi sił, aby wkroczyć na pole bitwy i zawalczyć o samą siebie. Nie miałam wpływu na to, co wydarzyło się później. 

-  Niepotrzebnie się fatygowałaś siostro. Nie dzieje się tutaj nic, co powinno cię interesować. – głos Simona, który zabrzmiał niczym dzwon na wieży kościelnej, był chłodny i obojętny. Anaya wyprostowała się nieznacznie i ze zdziwieniem spoglądała na brata, zaskoczona, że przeciwstawił się jej zamiast pokornie czekać, aż poprosi go o zabranie głosu. Szaleńcza wściekłość zaczęła wędrówkę po dziewczęcych żyłach, a na bladej twarzy zakwitł okropny grymas, który prawdopodobnie miał przypominać pobłażliwy uśmiech. 

- Wszystko, co dotyczy ciebie, dotyczy także i mnie. Jesteśmy jednością. Czyżbyś zapomniał o tym, omotany przez tą bojaźliwą sierotkę? – dźwięk jej głosu rozlał się we mnie, niczym jad węża, próbującego zdominować swoją ofiarę. Przyjrzałam się niepewnie Anayi. Blondwłosa piękność, drobna i delikatna. Nikt nie pomyślałby, że w ciele takiej delikatnej dziewczyny może czaić się tak wybuchowa mieszanka negatywnych uczuć. Była zepsuta od środka. 

            Simon stracił nieco ze swej twardości, słysząc ton głosu dziewczyny. Zauważyłam, że zgrabił się, jakby te słowa stanowiły dla niego dodatkowy ciężar. Przestał wpatrywać się w swoją siostrę i pokornie opuścił wzrok na zakurzoną podłogę. Chciałam krzyknąć na niego, aby walczył i nie poddawał się tak łatwo, ale tak właściwie to nie do końca rozumiałam, co kryje się za słowami Anayi. Była to najdziwniejsza wymiana zdań, jaka do tej pory słyszałam w swoim życiu. Wystarczyły trzy zdania, aby Simon odpuścił. Zupełnie jak pies podkulił ogon i poszedł do konta, aby nie wchodzić w drogę swojej pani. Cokolwiek łączyło tą dwójkę, stanowczo wychodziło poza ramy zwykłej więzi krwi. Było czymś znacznie głębszym, czego nie potrafiłam nazwać, a co dopiero zrozumieć. A ciężko było się dowiedzieć czegoś więcej, gdy myśli jednej z tych osób mnie przerażały, a do drugiej w ogóle nie mogłam się dostać. 

- Nie obchodzi mnie, co sobie pomyślałaś, gdy zobaczyłaś nas tu razem. – zaczął chrapliwie Simon, ściskając przy każdym słowie swoje dłonie w pięści. – Serafina znalazła się tutaj przez przypadek i choć zobaczyła zbyt wiele, nie rozumie co tak naprawdę się tu stało. Nie ma sensu, aby musiała słuchać naszych rodzinnych sprzeczek. 

            Rodzeństwo spojrzało na mnie i mogłabym przysiąc, że w spojrzeniu Anayi ujrzałam politowanie. Zaschło mi w ustach i nie mogłam wydusić z siebie nawet najmniejszego dźwięku. Nie rozumiałam, gdzie zniknęła moja pewność siebie i opanowanie, którym do tej pory tak się szczyciłam. Obecność rodzeństwa działała na mnie paraliżująco. Gubiłam się w tym wszystkim. 

            Jedyne na co było mnie stać w tamtej chwili to nieporadne kiwnięcie głową i kapitulacja poprzez skierowanie wzroku gdzieś niżej. Nie musiałam patrzeć na Anayę, by wiedzieć że uznała moje zachowanie jako akt poddaństwa. Z jej uczuć mogłam wyczytać, że czuje do mnie pogardę. Poczułam złość do samej siebie za to, ze nie jestem tak silna jak ona. 

- Pozwólmy jej odejść. 

            Głos Simona zawisł pomiędzy nami, aby po chwili rozmyć się w ciszy, panującej w pomieszczeniu. Sekundy mijały, a Anaya nie reagowała. Wydawało się jak gdyby każdy zapomniany mebel czy też mało ważna drobinka kurzu czekały z niecierpliwością na reakcję dziewczyny. Nawet ja przestałam na chwilę oddychać i niczym oskarżony wyczekiwałam na werdykt wszechpotężnego sędziego. Po minucie czy dwóch usłyszałam cichy śmiech, który wzrastał i z każdą sekundą brzmiał coraz donośniej i głośniej. Był to niemiły dla ucha dźwięk, skrzekliwy i drażniący. Śmiech ten słyszałam już w swojej przeszłości i nawiedzał mnie on w najgorszych koszmarach. Charakterystyczny tylko dla jednego rodzaju człowieka  - bezdusznego szaleńca, który sprzedał swoje serce diabłu. Nie oznaczał on dla mnie nic dobrego.

- Jakie to zabawne, że to właśnie ty mi rozkazujesz, Simonie. Wiesz tak samo jak ja, że cokolwiek zrobisz i nieważne jak bardzo będziesz się starał, nie uda ci się wiecznie jej chronić. – rzekła Anaya i szybkim ruchem dłoni starła ślinę z kącika ust, która pojawiła się w trakcie jej szaleńczego napadu śmiechu. Niespodziewanie rozbawienie w oczach, zastąpiło coś mroczniejszego, ciężkiego do zidentyfikowania. Odezwała się głosem pozbawionym wszelkich emocji. – W końcu będzie musiała stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością i podjąć decyzję. Ciekawe, co zrobisz, kiedy nie będzie ona taka sama jak twoja, braciszku?

            Dziewczyna rzuciła mi ostatnie spojrzenie, obróciła się zgrabnie na pięcie i wyszła z pokoju tak samo nagle, jak się w nim pojawiła. Zostaliśmy sami – tylko ja i Simon. Otaczała nas dusząca atmosfera, którą pozostawiła o sobie jego siostra oraz jej tajemniczo brzmiące słowa. Simon trwał w bezruchu jakby nie zauważył nagłego odejścia własnej siostry. Jego umysł bombardowały liczne emocje, które niemal sprawiły, że ugięły się pode mną kolana. Nie rozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego miałam decydować o czymkolwiek. 

- Simon, ja nie… - zaczęłam, lecz nie do końca wiedziałam, co chcę mu powiedzieć. Miałam mnóstwo pytań, ale brakowało mi odwagi, aby zacząć rozmowę. 

- Nie martw się Serafino. – usłyszałam kojący głos chłopaka, choć ten wciąż maniakalnie przyglądał się podłodze, śledząc wędrujące po niej kłaczki kurzu. Gwałtownie nabrał powietrza w swoje płuca i delikatnie wypuścił je na zewnątrz, zupełnie jakby zbierał myśli. – Cokolwiek się wydarzy w przyszłości, nie będę zły o to, jaką decyzję podejmiesz. Chcę, abyś to wiedziała już teraz, nawet jeśli nie rozumiesz, o co w tym wszystkim chodzi. 

            Nadal nie patrząc na mnie, ominął mnie, włócząc nogami. Zatrzymał się jednak w progu i zerknął na mnie nieśmiało, zakrywając swoje oczy gęstą, splątaną grzywką. Wyglądał jak zaniedbane zwierzę, które podążało za swoim panem, wiedząc, że przy nim nie czeka na niego nic dobrego. Materiał rozerwanej koszuli poruszał się rytmicznie, monotonnie wraz z jego spokojnym oddechem, a czerwone ślady krwi, błyszczały nienaturalnie. Nie byłam pewna czy mi się przywidziało, ale rany na jego ciele były mniejsze niż wcześniej. Zupełnie jakby same się goiły, podczas naszej pogawędki z jego siostrą. Odczułam przemożną chęć podejścia do tego mężczyzny i wtulenia się w silne ramiona. Zdezorientowana takim napływem uczuć, postanowiłam odciąć się od wszelkich emocji, nawet moich własnych. Poczułam się pewniej. 

- Przepraszam za moje wcześniejsze słowa. – powiedziałam w jego stronę, choć wiedziałam, że zabrzmiało to sucho i bezuczuciowo. Zauważył to, lecz nie pytał skąd u mnie taka zmiana. Przyjął przeprosiny. Poznałam to po tym, że uśmiechnął się pod nosem. 

- W porządku. Zapomnijmy o tym, co wydarzyło się wcześniej miedzy nami. Zacznijmy tę znajomość od nowa. – ostatnie jego słowa zabrzmiały niczym prośba. Przytaknęłam. 

            Po tych słowach ruszyliśmy we własnym kierunku, nie oglądając się za siebie. Nie dopuściłam, aby doszło między nami do jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. Wyczuwałam, że Simon także skupiał się na tym, aby mnie nie dotknąć. Choć chęć ponownego poczucia ciepła męskiego ciała była niezwykle silna, odurzająca. Cokolwiek działo się ze mną, potrzebowałam samotności i zimnego prysznica, aby poukładać sobie wszystko w głowie. Wydarzenia dzisiejszej nocy przygniotły mnie ciężarem, którego nie byłam już w stanie nieść. Potrzebowałam odpoczynku. 

            Jak we śnie trafiłam na własne piętro i po omacku odnalazłam drzwi do swojego pokoju, a w nim łóżko. Opadłam na nie bezwładnie i zasnęłam w kompletnym ubraniu. Byłam wyczerpana. Liczyłam, że we śnie odnajdę odrobinę spokoju i ukojenia. Niestety, nawet we własnej świadomości odnalazły mnie koszmary, które tylko czekały na chwilę mojej słabości.