18 kwietnia 2018

Labirynt myśli #16


            Znalazłam się w miejscu, które na pierwszy rzut oka wyglądało jak blok operacyjny. Na samym środku znajdował się ogromny, prostokątny stół, a wokół niego porozkładane były przeróżne medyczne maszyny, zapewne monitorujące ludzkie czynności życiowe podczas operacji. W tym momencie były wyłączone, więc nie otaczało mnie nieznośnie pikanie z różnych stron, ale i tak czułam dyskomfort i przerażenie. Na stole ktoś leżał, ale nie widziałam jakiej płci była ta osoba, gdyż przykrywała ją biała płachta, która gdzieniegdzie była wyraźnie podniesiona. Po umiejscowieniu wzniesień, mogłam samodzielnie określić, że postać leżała nogami w stronę drzwi, ułożona w pozycję embrionalną.

Co do tego czy żyła, byłam absolutnie pewna, że nie. Nie tylko nie oddychała, ale także nie otaczały ją żadne uczucia czy wspomnienia. Przede mną leżała pusta powłoka, wydrenowana z życia aż do samego końca, co oznaczało, że była martwa już od kilku godzin.

Wzdrygnęłam się, widząc taki brak szacunku dla osoby zmarłej, którą pozostawiono jak niepotrzebną rzecz na metalowym stole. Doceniłam jednak fakt, że ktoś przykrył ciało materiałem, aby nie była odsłonięta i widoczna dla każdego, kto wchodził do pomieszczenia. Cokolwiek kierowało tą osobą, sprawiło, że wyczuwałam w niej choć trochę ludzkich uczuć do drugiej osoby. Nie podeszłam, aby zobaczyć, kto leży na stole. To już nie miało znaczenia.

Blok operacyjny był główną częścią pomieszczenia, ale otaczały go poboczne salki, których było sześć. Z zewnątrz przypominały zwykłe pokoiki z białymi drzwiami, ale gdy tylko otworzyłam jedne, napotkałam przeszkodę w postaci metalowej kraty. Na moje szczęście, otwartej. Odepchnęłam ją delikatnie, a ona ustąpiła bez sprzeciwu. Wkroczyłam do pokoiku, szukając dłonią włącznika światła. Pokój nie posiadał żadnych okien, dlatego też panowała w nim niesamowita ciemność.

Gdy tylko włączyłam światło, natychmiast pożałowałam, że to zrobiłam. W pomieszczeniu znajdowały się trzy rzeczy. Małe łóżko z rozrzuconą pościelą, nieduża miska, pełna ludzkich odchodów, która leżała w najdalszym kącie oraz drewniane krzesło, które ktoś przewrócił. Na samym środku, kilka centymetrów poniżej sufitu, na metalowym haku znajdowało się powieszone na grubej linie ciało młodego mężczyzny, którego twarzy sobie nie przypominałam. Nie był to ktoś, z kim miałam styczność w tym domu.

Mimo buntującego się żołądka i szoku, który przeżyłam na widok wisielca, zbliżyłam się do ciała i zaczęłam mu się przyglądać. Mimo, że nie widziałam nigdy osoby, która zakończyła swe życie na sznurze, wyczuwałam, że coś jest nie do końca tak jak powinno. Po chwili zrozumiałam, że trup jest niesamowicie blady, a na jego ciele nie ma żadnych sińców czy widocznych żył. Zupełnie tak, jakby ktoś przed śmiercią pozbawił go całej krwi z organizmu. Wiedziona instynktem, wyszłam z pokoju i poszukałam czegoś ostrego na bloku operacyjnym. Z trzymanym w drżącej dłoni skalpelem, podeszłam do trup i starając się nie patrzeć na jego twarz, zrobiłam małe nacięcie na jego bezwładnej dłoni, w okolicach żyły. I przeżyłam szok.  Ani kropla krwi nie wypłynęła z ciała mężczyzny, było puste.

Wybuchłam nieopanowanym śmiechem. Osoba z zewnątrz pomyślałaby w tym momencie, że oszalałam. Ale ja nie mogłam powstrzymać nieracjonalnych emocji, które nagromadziły się w moim umyśle. Po kilku sekundach nieopanowanego śmiechu, zaczęłam szlochać, zupełnie jakby osoba wisząca tuż przede mną, była dla mnie kimś bliskim. Nie była, ale to nie umniejszało faktu, że jego śmierć nie była dla mnie obojętna. Wiedziałam, że ktoś pozbawił go życia, zanim został powieszony w tym miejscu. Cokolwiek ta bestialska osoba chciała uczynić, nie udało jej się. Ja nie dałam się nabrać. To nie było samobójstwo, lecz morderstwo z premedytacją.

Otarłam swoje policzki, pełne łez i dotknęłam opuszkami palców martwego ciała, chcąc spróbować znaleźć jakieś emocje lub wspomnienia, które nie zdążyły ulecieć z niego przed śmiercią. Szanse były nikłe, ale chciałam spróbować. Nigdy nie badałam umysłu nieżyjącego człowieka, ale w tym momencie bardzo chciałam wiedzieć, kto tak potraktował tego człowieka jeszcze za życia. Żywiłam nadzieję, że choć ulotny obraz bądź emocja, da mi odpowiedź.

W umyśle trupa panowała niesamowita ciemność i cisza. Coś niespotykanego i niemożliwego w przypadku żyjącego człowieka. Czułam, że błądzę po pustych korytarzach i z każda chwilą moje nadzieje na odnalezienie czegokolwiek maleją. Ale po kilku sekundach w rzeczywistości, które dla mnie zdawały się być wiecznością, poczułam coś. Delikatne drganie w przestrzeni, które było wyczuwalne jako słabe mrowienie dla mego ciała. Skupiłam się i zaczęłam szukać pochodzenia tego zjawiska. Nie zawiodłam się na swoim darze i szybko znalazłam cel, którego poszukiwałam. Byłam zaskoczona widząc przed sobą błękitny płomyk, który drżał, zupełnie jakby napierał na niego silny wiatr, choć wokół powietrze nie drgnęło ani na milimetr.

Podeszłam bliżej i podjęłam próbę dotknięcia swoim darem tego czegoś. Poczułam delikatne ciepło, które było nastawione wobec mnie przyjaźnie. I nagle usłyszałam cichy głos, dochodzący z samego środka płomienia:

- Obiecała, że tu dotrzesz, więc czekałem.

- Kto obiecał? – zaskoczona zapytałam, czując jak tonę wpatrzona w błękitny kolor drgającego płomienia.

- Wszyscy na ciebie czekaliśmy. Powiedziała, że ty nas usłyszysz. I nie kłamała.

            Niemal wyczułam radość w głosie, który do mnie mówił, lecz dalej nie rozumiałam, o co chodziło. Skołowana, drążyłam temat:

- Wszyscy?

Głos zamilkł. Poczułam, jak powietrze wokół mnie gęstnieje i nagle z ciemności zaczęły pojawiać się kolejne błękitne płomienie. Im bliżej mnie były, tym intensywniejszej nabierały barwy, jakby moja osoba dodawała im energii. Zdezorientowana, rozglądałam się wokół, dalej nie rozumiejąc tego, co dzieje się wokół mnie. Ale nie czułam strachu, dar podpowiadał, abym była spokojna. Nie groziło mi żadne niebezpieczeństwo. Płomienie otoczyły mnie w równym kręgu, i delikatnie poruszały się wokół. Przyjemne ciepło trafiało do głębi mojej duszy, przez co czułam się jakbym była na haju.

- Kim jesteście? – zapytałam, ale nim ostatnie dźwięki zakończyły moje pytanie, znałam odpowiedź. To były dusze osób, które zmarły w tym miejscu. Ich blade wspomnienie istoty. Czekały na mnie, aby podzielić się ze mną tym, czego doświadczyły za życia. Mój umysł o mało nie oszalał, gdy wspomnienia wlały się do niego powolnym, jednomiarowym nurtem. To, co ujrzałam, wprawiło mnie w osłupienie. Zaczęłam rozumieć, co się wydarzyło.

            W każdym wspomnieniu widziałam tą samą osobę. Blondwłosą dziewczynę o lodowatym spojrzeniu, która patrzyła we mnie bezlitośnie i z satysfakcją. To ona wyssała z tych ciał życie, przetaczając ich krew do małych słoiczków o kolorowych, podpisanych imieniem ofiary wieczkach. Dusze jednak nie dały mi odpowiedzi, czemu miała służyć ich krew. Liczyły, że znajdę na to odpowiedź.

- Żegnajcie.- wyszeptałam, widząc jak błękitne płomienie bledną i znikają, odchodząc z tego świata.

Powrót do rzeczywistości był bolesny. Wciąż stałam, dotykając martwego ciała, ale coś się zmieniło we mnie. Poczułam wściekłość i determinację, jakiej nigdy w sobie nie odnajdywałam. Podniosłam leżące krzesło z podłogi i stanęłam na nim. Kilkoma ruchami przecięłam sznur, na którym wisiało ciało i z trudem położyłam je na stojącym nieopodal łóżku. Przykryłam je z szacunkiem prześcieradłem i odeszłam, nakładając na to pomieszczenie coś przypominającego urok. Osoba, która wejdzie do pokoju po mojej wizycie, będzie myślała, że nikogo nie było tutaj przed nim, a wisielec został ściągnięty przez niego. Nie wiedziałam nawet, że potrafię tworzyć takie iluzje. Ale coś się zmieniło, mój dar wciąż się rozwijali i to w zastraszającym tempie.

Nie wchodziłam do innych pobocznych pokoi, ponieważ wiedziałam już, co za nimi znajdę. Wychodząc z sali, nieśmiało dotknęłam prześcieradła, którym przykryty był trup na stole. W taki sposób żegnałam się ostatecznie ze wszystkimi, którzy zginęli w okrutny sposób w tym miejscu.

Zamknęłam za sobą drzwi bloku operacyjnego i westchnęłam z ulgą. Usłyszałam za swoimi plecami jakiś szmer i odwróciłam się gwałtownie. Blask białych jarzeniówek odbijał się w jego twardym spojrzeniu, ale ja nie czułam się już niezręcznie. Podeszłam bliżej niego i pomogłam mu wstać z podłogi, nie pytając o to, co zobaczył po drugiej stronie korytarza. Wiedziałam to i rozumiałam bardziej niż on.  Za to on czuł się wytrącony z równowagi moim opanowaniem, którego wcześniej u mnie nie wyczuwał. Bez słowa podążył za mną, a gdy tylko ciężkie, metalowe drzwi zamknęły się za nami, usłyszałam jego chrapliwy głos.

- Musimy poważnie pogadać.

            Skinęłam głową i tym razem nie próbowałam uciekać przed niewygodnymi pytaniami i tajemnicami. Ufałam Jeremiaszowi bezgranicznie, a on tak samo polegał na mnie. Zapowiadało się na to, że czekały nas sytuacje, w których będziemy potrzebować swojego wsparcia.

- Chodź. – mój głos był niemal szeptem, choć w okolicy ni było żadnej duszy, która mogłaby nas usłyszeć.

Ruszyliśmy w ciemność korytarza, którym wcześniej podążał Kier i szalone rodzeństwo. Zaprowadziłam nas w miejsce, do którego nikt nie przychodził i który był moim azylem.