Zanim przeczytasz...

ROZDZIAŁ TRZYNASTY w przygotowaniu.

Miłego czytania, Lena S.
09.10.2017r.

29 sierpnia 2017

Labirynt myśli #12

            Ten koszmar rozpoczął się tak samo jak zawsze. Nie było w nim duszącej ciemności i doprowadzającej do szaleństwa ciszy. Był za to płócienny worek koloru wyblakłego od słońca brązu, który przylegał do mojej twarzy, drapiąc ją i raniąc bez litości. Była też woda. Dużo brudnej mieszanki błota, piasku i wody, pełnej drobinek glonów i innych z pozoru nieszkodliwych podwodnych roślinek. Gęsta ciecz toczyła ze mną bitwę, w której wygraną był dostęp do moich płuc i pozbawienie go ostatnich łyków wody. Wiedziałam, że tę walkę przegram.

Cieszyłam się ostatnimi promieniami słońca, które przedzierały się przez brudną wodę i zastanawiałam się jak długo jeszcze wytrzymam bez powietrza. Czułam się bezradna, panicznie wystraszona tym, co dzieje się z moim ciałem. Nie spodziewałam się od nikogo pomocy. Jedyna osoba, która znajdowała się w pobliżu, życzyła mi szybkiej i bolesnej śmierci w mękach. Nienawidził mnie, a ja nie wiedziałam dlaczego.

Próbowałam się ratować sama. Może nie byłam zawodową pływaczką, ale umiałam sobie poradzić w wodzie. Musiałam się tego nauczyć, skoro mieszkałam bardzo blisko niej. Ale ta zdolność była zupełnie nie przydatna, ponieważ byłam skrępowana. Moje dłonie i stopy zostały otoczone grubym, specjalnie kupionym na tą okazję przez niego, sznurem, który nie chciał mnie wypuścić. Do tego otaczał mnie zewsząd stary worek, którego materiał przyklejał się do mojego ciała, ograniczając ruchy do minimum. Niczym kamień, opadałam na dno.

To nie był dobry moment na śmierć. Miałam tylko dwanaście lat i głowę pełną dziecinnych marzeń, planów, które już nigdy się nie spełnią. Nie spodziewałam się, że to wszystko zostanie mi odebrane. Śmierć stała blisko, słyszałam jak dyszy nade mną i czeka, aż wyzionę ducha. Chciałam krzyczeć, że to za wcześnie, byłam gotowa pertraktować, walczyć, lecz nie mogłam wydać z siebie żadnego dźwięku. Przyśpieszyłabym tylko tym swój własny koniec. To nie była pora na mnie, nie byłam gotowa odejść. Ale śmierć zawsze przychodzi niespodziewanie. Pojawia się, robi swoje i znika bez żalu.

Nawet jeśli myślałam o śmierci, a każdego młodego człowieka nawiedzają w pewnym momencie takie myśli, nie wyobrażałam sobie, że umrę w tak obrzydliwy sposób. Uwięziona w starym worku, skrępowana przez bezlitosne więzy, tonąc na samym środku znajdującego się bardzo blisko mojego domu jeziora. Nigdy nie znalazłam się w centralnym punkcie tej wielkiej tafli wody. Bałam się, że woda zacznie mnie wciągać na dno, tak jak robiła to teraz. Lubiłam pływać, ale nie byłam aż tak dobra, aby się uratować z tego piekła. On też dobrze o tym wiedział. Znał mnie od dzieciństwa. Wykorzystał moje słabości, aby wybrać dla mnie najbardziej okrutny sposób na śmierć.

Czułam, że słabnę. Koniec nadchodził, a mnie brakło motywacji do walki. Nawet gdybym jakimś cudem się uratowała, nikt na mnie nie czekał na brzegu. Ostatnia osoba, która kochała mnie szczerze, odeszła w nagle. Została usunięta tylko dlatego, że walczyła o mnie. O moje istnienie na tym świecie. Widocznie taki było moje przeznaczenie, miałam umrzeć w mękach i samotności. Poczułam rozdzierającą wewnętrznie mnie pustkę.

Już zamierzałam otworzyć usta, aby pozwolić wodzie wygrać i wciągnąć mnie na dno, lecz nagle usłyszałam czyjeś głosy, które docierały do mnie, mimo że byłam już głęboko pod wodą. Słyszałam podobne głosy już wcześniej, ale ni były tak wyraźne jak teraz. Słyszałam ludzkie rozmowy i szczery śmiech. Z każdym kolejnym dźwiękiem do mojego umysłu napływały coraz bardziej odczuwane przeze mnie ludzkie emocje. Szczęście, miłość, radość, uczucie przynależności, własnego miejsca w świecie. Ta mieszanka emocji była potężna, elektryzująca i dała mi kopa do działania i walki.

Jakimś cudem uwolniłam się z więzów, które do tej pory krępowały moje ciało. Najpierw do tej pory mocny sznur przestał otaczać moje dłonie, następnie zwolnił uścisk także i na nogach. Znikł gdzieś na dnie worka, ulatniając się niczym wystraszone zwierzę. Po kolejnych sekundach, zadających się dla mnie wiecznością, moje niezdarne ruchy rozerwały worek, tworząc w nim wyrwę, przez którą wydostałam się bezpośrednio do jeziora. Zaczęłam płynąć w górę, a gdy tylko moja głowa wynurzyła się z wody, zaczęłam szaleńczo wciągać w siebie łyki życiodajnego powietrza. Czułam się niezwyciężona. Przepełniona energią, która powoli zaczęła ulatniać się z mojego ciała, skierowałam się w stronę brzegu. A gdy tylko dotknęłam ziemi, popłakałam się ze szczęścia.

Byłam osłabiona tak bardzo, że leżałam bez ruchy na piasku, próbując skupić się na własnym oddechu. Zdezorientowana i upojona radością wonności, nie zauważyłam nawet, że ktoś bardzo szybko biegł w moją stronę. Gdy uniosłam głowę, było już za późno. Koszmar nadal trwał, a Śmierć rechotała zadowolona z takiego przebiegu zdarzeń.




- BOŻE RATUJ!

            Mój własny krzyk wyrwał mnie z sennego koszmaru. Usiadałam nagle na łóżku, a moje serce biło niczym u galopującego konia. Tak trudno było mi złapać dłuższy, sycący oddech. Wokół mnie było ciemno, spokojnie. Otaczała mnie obezwładniająca cisza.

Zaczęłam się uspokajać i zauważyłam, że moja piżama jest cała mokra od potu. Odrzuciłam równie mokrą jak moje ciało kołdrę na bok i wstałam z łóżka, chwiejąc się. Czułam się słabo i  walczyłam z własnym ciałem, aby wykonać pierwszy krok. Powoli podeszłam do wysokiego, wąskiego lustra, które stało w rogu mojego pokoju i włączyłam stojącą niedaleko niego lampkę. Przeraziłam się widząc jak wyglądam. Moje włosy były rozpuszczone i przepocone zupełnie jakbym dopiero co wyszła spod prysznica. Pojedyncze strączki skołtunionych włosów przykleiły się nieelegancko do mojego czoła i policzków. Na koszulce mogłam znaleźć wyraźne mokre ślady, a cała piżama była tak mocno pogięta, że odstawała od mojego ciała.  Z obrzydzeniem ściągnęłam koszulkę z siebie i odwróciłam się, aby sięgnąć o czysty zestaw ubrań, które czekały przygotowane niedaleko łóżka.

Zanim odwróciłam się ponownie do lustra, mój wzrok padł na moje plecy. Zatrzymałam się i wpatrywałam w nie z bólem, śledząc ślad długiej i głębokiej blizny, która zajmowała ponad połowę powierzchni moich pleców. Przypominała przekreślone krzyżykiem serce tyle, że ślady przekreślenia były wyraźniejsze niż sam kontur serca. To miało mi przypominać o tym, że nikogo na świecie nie mam, nikomu na mnie nie zależy i nikt mnie nie kocha. Wydarzenia z tamtego dnia wciąż mnie prześladowały. Pamiętałam dokładnie, co wydarzyło się, gdy udało mi się wydostać z wodnej pułapki. Od tej pory nie tylko bałam się głębokich zbiorników wody, ale także i własnego daru. Był zabójczy i bezlitosny, a ja stale musiałam uważać, aby nie pozwolić mu przejąć kontrolę nad moimi myślami. Przebrałam się szybko i wróciłam do łóżka, zapadając w lekki, czujny sen.

Do wschodu słońca spałam niespokojnie, budząc się co kilka minut i rzucając po całej powierzchni mojego łóżka. Już dawno tak źle nie spałam. Wewnątrz mnie narastał strach i panika, których pochodzenia nie mogłam zlokalizować. Nie byłam nawet pewna czy te uczucia są moimi własnymi, czy też nie należały do kogoś innego. Gdy pierwsze promienia słońca zwędrowały do mojego pokoju, obudziłam się zaniepokojona, słysząc mrożący krew w żyłach krzyk. Ktoś cierpiał i to bardzo, a jego ból był dla mnie niemal namacalny.

Zarzuciłam na siebie bluzę i szybko ubrałam zdezelowane trampki. Otworzyła ostrożnie drzwi od swojego pokoju i sprawdziłam czy korytarz jest pusty. Nikogo nie było, wszyscy spali w swoich łóżkach, nieświadomi, że niedaleko nich ktoś cierpi. Wyszłam z pokoju i zamknęłam za sobą powoli drzwi. Zaczęłam nasłuchiwać. Nie byłam pewna czy głos, który słyszałam dochodził z budynku czy też docierał tylko do mojego umysłu.

Krzyk zabrzmiał ponownie, a jego echo poniosło się po korytarzu. W mojej głowie zabrzmiał chór bólu, ludzkiego strachu i bezsilności. Od stężenia tych emocji upadłam na podłogę. Ogłuszona oparłam się o ścianę plecami i przyciągnęłam kolana do brzucha. Zamknęłam oczy i zaczęłam tworzyć w umyśle mur, który odgradzał mnie od obcych emocji. Słyszałam je, lecz ograniczałam im dostęp do moich własnych uczuć. Nie chciałam, aby przejęły kontrolę nade mną.

Gdy już uspokoiłam swoje wnętrze, nie otwierając oczu, dotknęłam dłonią wyłożonego na podłodze zakurzonego dywanu w kolorze wyblakłej czerwieni. Dotyk pomagał mi się skupić. Zaczęłam się koncentrować i szukać osoby, która tak mocno cierpiała, że cały budynek drżał. Dość szybko zlokalizowałam źródło bólu i zaskoczona otworzyłam oczy. Centrum tych gwałtownych emocji znajdowało się kilka poziomów pode mną w piwnicach, do których żaden Obdarowany nie miał wstępu. Dotychczas szanowałam ten zakaz, lecz tym razem ogrom bólu, który dotarł do mojego umysłu, sprawił, że zaczęłam współczuć nieszczęśnikowi, który doświadczał tych tortur. Postanowiłam działać. To był pierwszy raz odkąd zamieszkałam w Wilii, gdy czułam się zdeterminowana, by nieść komuś innemu niż sobie pomoc. Byłam straszna egoistką przez ostanie lata. Skupiałam się tylko na własnym bólu, ignorując uczucia innych. Nie czułam się odważna i niezwyciężona, ale wiedziałam, że znajdę w sobie siłę, aby działać.


Wstałam z podłogi i bezszelestnie zaczęłam iść w kierunku schodów, którymi trafię na niższe poziomy. Uważnie skanowałam w myślach korytarze, szukając ludzkich istot, które mogły by mi przeszkodzić. Było pusto. Zaczęłam więc biec przed siebie, nie dopuszczając do własnych emocji strachu, który biegł za mną kilka kroków dalej. Chciałam działać i nic nie mogło mnie powstrzymać przez osiągnięciem obranego celu.