16 listopada 2017

Labirynt myśli #13



            Moje plany rozprysły się podczas zderzenia z rzeczywistością. Świat wirował mi przed oczami. Szłam powoli, potykając się o własne nogi, walcząc z nagłymi zawrotami głowy. Podpierałam się dłonią o ścianę, pozostawiając na niej rozmazane, brudne ślady palców. Po kilku kolejnych krokach pojawiła się mdląca migrena, która sprawiła mi tak wielki ból, że upadłam na kolana. Poczułam w ustach słony smak moich łez, których pojawienia się nie byłam świadoma, aż do tej chwili. Nie panowałam nad ciałem, które wyczerpane walką z narastającymi falami ludzkich myśli, odmawiało mi posłuszeństwa. Mur, który jeszcze kilka sekund szczelnie bronił mnie przed cierpieniem myślącego człowieka, powoli pękał, przepuszczając do mojego umysłu przerażające obrazy, które nie tworzyły żadnej logicznej całości. Bałam się, kompletnie nie mogąc zapanować nad swoim darem. Było zupełnie jak w chwili, gdy tonęłam. Tyle, że tym razem emocje nie uskrzydlały mnie do walki, lecz brutalnie wrzucały w przepaść. Musiałam walczyć, inaczej ta cała sytuacja skończy się dla mnie szaleństwem. A wtedy już na pewno nie zdołam nikomu pomóc, nawet sobie. 

            Wstałam ostrożnie z podłogi, czując jak moje ciało drży z wysiłku. Powoli zrobiłam pierwszy krok, a gdy tylko moje ciało z oporem ruszyło przed siebie, postanowiłam się nie poddawać. Pewnie dla postronnej osoby wyglądałam teraz jak pijana nastolatka, która nie do końca panowała nad swoimi odruchami i co chwilę traciła kontakt z rzeczywistością. Było całkiem odwrotnie, próbowałam nie pozwolić mojemu darowi na całkowite zawładnięcie nie tylko moim ciałem, ale i też świadomością. To była nierówna walka. 

            Przestałam liczyć kroki, które zrobiłam od upadku. To nie miało znaczenia, ponieważ ciągle wydawało mi się, że stoję w miejscu i nie zbliżam się ani na centymetr do końca  tego piekielnego korytarza. Już dawno przestałam sondować otoczenie w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. Nie mogłam się skupić przez walące do mojej głowy obrazy i strzępki negatywnych emocji. Ból cierpiących mieszał się z moim własnym, przez co cierpiałam dwukrotnie bardziej niż powinnam. Było ich tak wielu i z każdą chwilą przybywało coraz więcej. Zupełnie jakby w piwnicach toczyła się jakaś mała wojna, która zbierała krwawe żniwo na walczących.  

            Gdzieś w oddali usłyszałam czyjś krzyk. Nie był przepełniony bólem tylko strachem i niepokojem. Coraz głośniejsze kroki i nawoływania odbijały się w mojej głowie ogłuszającym echem. Po zbyt długiej chwili zauważyłam biegnących w moją stronę dwóch sanitariuszy, którzy zachowywali się jak wystraszona zwierzyna. Dałam się zauważyć im na korytarzu, który nie był raczej uczęszczany przez Obdarzonych, więc zrozumiałe było, dlaczego zareagowali tak gwałtownie. Wiedziała, że jeśli dam się im teraz złapać, trafię do izolatki na długie dni i będzie za późno na jakąkolwiek pomoc tym cierpiącym duszom kilka pięter pode mną. 

            Nie wiem, skąd wzięłam w sobie tak wielką siłę i samozaparcie. Przystanęłam na chwilę i ignorując mdłości, bez delikatności wdarłam się do umysłów biegnących, całkowicie wymazując z ich umysłu i wspomnień tą chwilę. Zatrzymali się zdezorientowani, wpadając jeden na drugiego. Popatrzyli na siebie pustym wzrokiem, po czym zaczęli iść przed siebie, zupełnie nie zauważając mojej osoby. Pozostawiłam w ich umysłach czarną dziurę, którą gdybym była o siłach uzupełniłabym pustym i nic nie znaczącym, zmyślonym wspomnieniem. Ale w tej chwili nie mogłam myśleć bez zakłóceń w postaci ludzkiego cierpienia. Mężczyźni minęli mnie bez słowa. Byłam dla nich niewidzialna, bo tak chciałam. Zrobiłam im coś złego i już czułam buntujące się moje sumienie. Nie traktowałam ludzi tak przedmiotowo już od dawna i przypomniałam sobie, jak źle się czułam, gdy postępowałam w ten obrzydliwy sposób. 

- Naprawę to później. - obiecałam to sobie w duchu, wiedząc, że mogę nie mieć szansy, aby to zrobić. Sanitariuszy było ta wielu i zmieniali się nieustannie, przez co rzadko wpadałam dwa razy na tą samą osobę. 

            Niespodziewanie upadłam ponownie, uderzając się przy tym głową o twardą ścianę. Mogłabym przysiąc, że zostawiłam na niej krwawe smugi. Kolejne obrazy wdzierały się do mojego umysłu i były jeszcze bardziej przerażające niż poprzednie. Pełno w nich było krwi, piekącego bólu i niezrozumienia.

            Jeden przedstawiał jakieś ostre urządzenie, które złowieszczo zbliżało się, aby za chwilę zacząć ciąć i wiercić, wywołując przy tym krwistą falę, pełną kawałków odrywanego ciała. Kolejny był czystszy. Tylko strzykawka i przywiązane ciało do metalowego łoża. Krótkie ukłucie i rozpoczęło się piekło. Żyły same rozrywały się pod ciśnieniem krwi, tworząc pod skórą katowanego rozległe siniaki. Ale tylko na chwilę, gdyż lśniące ostrze przecinało po sekundzie skórę i uwalniało spod niej fale ciepłej cieczy. Miałam nawet wrażenie przez chwilę, że duszę się, wisząc na szorstkim sznurze, który niczym waż owijał moją szyję. Obrazy były bardzo realistyczne. Widziałam i czułam to wszystko tak, jakbym była uczestniczką tych zdarzeń. 

            Nagle wszystko ustało. Zdziwiona ciszą, panującą w moim umyśle, rozejrzałam się wokół. Pusty korytarz, brzęczące jarzeniówki, dające białe, rażące światło. Stary, brunatny dywan, ze śladami od tysiąca butów, które po nim przeszły. Wszystko wyglądało normalnie, niemal normalnie, łącznie z brudem, czającym się w każdej szczelinie. Odetchnęłam z ulgą, ocierając nieporadnie spocone czoło. Wszystko ustało tak nagle, jak się zaczęło. Znów panowałam nad sobą, choć moje ciało było poranione przez walkę, którą odbyło. Miałam otarcia na dłoniach, lekko poszarpane ubranie, które zniszczyłam nieświadomie sama podczas ataku. Skrzywiłam się, czując na głowie siniak wielkości piłki do tenisa. Wiedziałam, że będzie od tego boleć głowa. 

            Wstałam i popatrzyłam za siebie. Ścianę zdobiły brudne ślady moich dłoni i lekko zaczerwieniona plama w miejscu, gdzie uderzyłam głową. Nie było sensu ich zacierać, ponieważ mieszały się one z innymi, widniejącymi na dawno nie malowanej powierzchni, częściowo ginąc w fragmentach, gdzie tynk odpadł ze ściany. Doszłam do wniosku, że nikt nie zauważy dodatkowych plam, które pozostawiłam. 

            Poprawiłam szybkim ruchem włosy, od nowa związując je w ciasny warkocz. Zignorowałam szczypiący ból, wywołany naciąganiem skóry przy świeżej ranie na głowie. Ponownie ruszyłam przed siebie, tym razem szybciej, od nowa sondując korytarz. Nie chciałam, aby inni sanitariusze albo co gorsza mieszkańcy wilii posiadali dziurę w pamięci jak tamta dwójka.



Błądziłam pomiędzy korytarzami, które zdawały się nie mieć końca. Czułam się jak w labiryncie – bez mapy i przewodnika czułam się zagubiona. Każdy zaułek wyglądał tak samo. Te same brudne, poszarzałe ze starości ściany. Ten sam wypłowiały od słońca i przetarty od butów dywan. Momentami wydawało mi się, że znów jestem w tym samym miejscu, co kilka minut wcześniej. Nie wiedziałam, że dom, w którym mieszkam od ponad pięciu lat, jest taki wielki. To było przerażające, jak mało wiedziałam o własnym otoczeniu. Nie dziwne, że tak wiele rzeczy mi umykało, skoro starając się uniknąć niebezpieczeństwa, odcinałam się od wszystkiego, co działo się w willi. 

            Zatrzymałam się, zauważając korytarz ciemniejszy niż te, które widziałam do tej pory. Nie musiałam używać daru. Od razu wiedziałam, że to ta właściwa droga i to właśnie nią powinnam iść. Ruszyłam śmiało przed siebie. Im bardziej wchodziłam w głąb, tym robiło się ciemniej. Odsuwałam strach na bok, pozwalając, aby tym razem to wciąż rosnąca adrenalina przejęła władzę nad moimi czynami. W końcu zrobiło się tak ciemno, że nie widziałam własnych dłoni, które wyciągałam przed siebie po to, aby na nic nie wpaść. Dotknęłam dłonią ściany i wiodąc po niej, wyczułam drewnianą ramę. Zdałam sobie sprawę, że w tym miejscu są okna, które powinny przepuszczać światło z dworu. Ale dlaczego tego nie robiły? 

            Jak zawsze, gdy czegoś nie potrafiłam zrozumieć, pozwalałam, aby mój dar wybadał to po swojemu. Puściłam niewidzialne nici, które intensywnie zaczęły sondować przestrzeń wokół mnie. I zrozumiałam, że to nie pomieszczenie jest pokryte gęstą ciemnością, lecz mój umysł. Ktoś zastawił w tym miejscu pułapkę, aby ukryć coś przed innymi. A skoro to było warte rzucenia na to miejsce tak potężnego uroku, było czymś naprawdę ważnym, czego nikt nieupoważniony nie powinien zobaczyć. Delikatnie i powoli wybadałam miejsce w moim umyśle, które zostało zatrute przez ciemność i sprawnymi ruchami zaczęłam je rozbrajać. Wyglądało to jak rozplątywanie wielkiego kłębka wełny, który został powiązany przez setki malutkich, ciasno zaciśniętych supełków. Gdy pozostał mi ostatni do rozplątania, pociągnęłam za niego bez zbędnej delikatności. Nagle wszystko się rozjaśniło. 

            Przede mną rozciągał się krótki korytarz, wiodący do schodów z rzeźbioną, drewnianą poręczą. Byłam blisko. Czułam to. Adrenalina pchnęła mnie do przodu, a ja posłusznie ruszyłam. Dotarłam bez problemów do szczytu schodów i po ciuchu zeszłam stopień po stopniu, aż do ich końca. Znalazłam się w małym korytarzu, który rozwidlał się na dwa kolejne. Jeden na wprost mnie, a drugi po prawej stronie. Za to z lewej strony znajdowały się ogromne, metalowe drzwi, nie pasujące do starego wystroju tego domu. Musiały zostać postawione w tym miejscu nie więcej niż trzy lata wcześniej. Wciąż dookoła ramy można było zauważyć ślady gipsu i małe pęknięcia w ścianie, gdzie pewnie użyto zbyt dużej siły. Zastanawiałam się, co się za nimi znajduje. Zbliżyłam się do metalowej powierzchni i dotknęłam nieśmiało dłonią. Oprócz chłodu wyczułam coś jeszcze. Coś co zmroziło mnie od wewnątrz. Cieniutkie nitki w intensywnych kolorach zaczęły wędrować po mojej ręce ku górze – do mojego umysłu. Była to mieszanina uczuć podobna do tych, które jeszcze przed chwilą pozbawiły mnie panowania nad ciałem. Oderwałam szybko dłoń od drzwi, zrywając tym samym więź z emocjami, które rozpłynęły się w powietrzu. Cokolwiek wydarzyło się za tą metalową bramą, było złe i nie powinno wydostać się na zewnątrz. 

            Zamyślona, zbyt późno usłyszałam narastający odgłos kroków, które w szybkim tempie zbliżały się do miejsca, w którym obecnie stałam. Rozglądnęłam się w panice, szukając kryjówki, gdzie mogłabym się ukryć, lecz w pomieszczeniu nie było gdzie się schować. Nawet luka pod schodami była doskonale widoczna i nawet ślepy zauważyłby, gdybym tam się ukryła. W tej chwili tak bardzo chciałam się stać niewidzialną. 

            Echo kroków było coraz to wyraźniejsze, a ja w panice zaczęłam biec z powrotem w stronę schodów, ryzykując, że ktoś może mnie zauważyć, jeśli dostatecznie szybko nie dostanę się na górę. Niespodziewanie coś pociągnęło mnie w stronę wnęki pod schodami. Poczułam się, jakbym wkroczyła w głąb mydlanej bańki. Wszystko stało się lekko rozmazane, a odgłosy nieco niewyraźne. Spojrzałam na swoje ramię i ujrzałam dłoń, która silnie zaciskała się na nim. Już miałam krzyknąć, gdy druga ręka zakryła wprawnie mi usta. 

- Zgłupiałaś? - usłyszałam wyszeptaną znajomym głosem naganę i zdziwiona spojrzałam na twarz przyjaciela. Wygląda na to, że nie tylko ja sprytnie ukrywałam przed resztą pełnię swojego daru.